Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/243

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Drugiego dnia po przybyciu królewskiej pary był wielki obiad dworski dla zagranicznej admiralicyi, dla dyplomacyi, patrycjatu i przedstawicieli miasta, po którym zaproszeni ruszyli na bal do municypjum w sto pojazdów przeszło. Ruszyli i zaraz też prawie stanęli. Nie było drogi. Przejazd przez ulicę Balbi trwał przeszło dwie godziny; żadnego powozu nie puszczano, póki się wszyscy nie napatrzyli: jakie konie, jaka uprząż, jaka liberja, jakie tualety. Jeśli powóz był otwarty, pół biedy jeszcze, zamkniętym było gorzej, zatrzymywano je, wtykano głowy, podnoszono do nich dzieci, poprostu przetrząsano je spojrzeniami, jakby na rogatce.
Oczywiście, że przy tej defiladzie nie brakło dowcipnych uwag, żartów, konceptów, ucinków, tej całej przyprawy ulicznego humoru, który miewa czasem szczerozłote błyski. Nietylko tedy mężczyźni wysiadali z pojazdów i pieszo okrążali tę galerję, ale i damy ryzykowały się na ulicę w gazach i koronkach. A co było robić? Karabinjer włoski jest w podobnych wypadkach zupełnie bezwładny. Lud chce widzieć królowę: jest w swojem prawie. Kiedy więc owo oblężenie ulicy Balbi stawało się coraz przykrzejszem zwłaszcza w przedwieczornych godzinach, panu syndykowi przyszła myśl. Ogłosił jeszcze jeden manifest — rzecz trudna do uwierzenia, jaka tu moc papieru zużywa się na manifesty — w którym zapowiedział, że na miejskich placach, natural-