Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/242

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rieunier bal wydał; i który stał się głośnym przez ów uścisk, jaki połączył dłoń przedstawiciela Francji z dłonią pana Boetera, komendanta niemieckiego „Prinza Wilhelma,” nawet na pokładzie Formidable’a miała królowa suknię w sabaudzkich barwach, co przy okrzykach: viva la Savoia francese, jakie tam podobno gęsto latały, dość dziwaczny stanowiło kontrast. Prawda, że takie uprzejmości bez stałego gruntu pod stopami i przy szampanie — na lądzie obowiązywać przestają. Niemniej prawdą jest, iż niektóre momenty tego balu należały do zupełnych niespodzianek.
Zauważyć także należy, iż niebieska suknia królowej przybraną była aksamitem mieniącym się, zielonawym, koloru morza, tego żywiołu raptownych przemian i zawsze niepewnej pogody.
Ale jeżeli wielki świat cisnął się dokoła królowej, tłum, lud niemniej ją uważał za wyłączną własność swoich oczu.
Ulica Balbi, przy której stoi pałac królewski w jednym rzędzie z pałacami starej szlachty genueńskiej, mniej bogaty i mniej piękny od wielu, przestała być niemal arterją komunikacji, takie się z niej uczyniło koczowisko tłumów. Tylko przed pojazdami dworskiemi rozstępowała się ciżba, stając podwójnym murem i wiwatując co gardła. Inne pojazdy musiały sobie zdobywać drogę prawie cal po calu.