Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


satelitów od słońca swojego odbita poczerniała nagle, zagasła i bez żadnego blasku tułała się między kioskami, póki się przy wyjściu dopiero nie złączyła z królewską parą. Mówią, że tego jednego dnia Italo-Americana pokryła wszystkie swoje wątpliwe pozycje. Taki sam natłok eleganckiego świata otaczał królowę w salonie starożytności, gdzie prastara i przebogata „Genova” zrzuciła swoje gobeliny, swoje bronie, swoje dożowskie płaszcze i kaptury, swoje przepyszne średniowieczne sprzęty, nie licząc już swoich Van-Dycków, których mistrz ten, w czasie czternastoletniego pobytu w Genui zostawił tu na podziw dużo, w domach Spinola i Pallavicinich zwłaszcza.
Tutaj ścisk ciekawych genuenek był tak wielki, iż królowa, spojrzawszy na nich zwarte szeregi, zawahała się i rzekła dość niepewnym głosem: „Mam nadzieję, iż panie pozwolicie mi zobaczyć cośkolwiek.” Genuenki skłoniły się bardzo nizko, ale nie ruszyły się krokiem. Co chcecie? Musiały przecież obejrzeć wszystkie szczegóły toalety swojej monarchini.
Ściśle rzeczy biorąc, nie było w nich wielkiej rozmaitości. Królowa przez cały czas pobytu w Genui używała stale barw swojego domu.
Zawsze to była toaleta: „celeste,” „azurra,” „bleu scuro,” „bleu chiaro,” „turchino cielo,” „turchino pallide,” z drobnemi przymieszkami żółtych i białych koronek. Nawet na pokładzie francuzkiego Formidable’a, na którym admirał