Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


by nie przytomność rektora tutejszego uniwersytetu, który, ujrzawszy z balkonu gmachu tego, co się na ulicy dzieje, zbiegi z młodzieńczą — mimo wieku swego — chyżością ze schodów, otwarł na roścież wielką bramę uniwersytecką i tym sposobem dał ujście gniotącej się masie ludzi.
Od tej to chwili dopiero władza miejska miała rozwiązane ręce i nie naruszając ani obowiązków popularności ani praw ludu — nie dopuszczała, w imię bezpieczeństwa, owych tłumnych zbiegowisk na Balbi.
„La Regina” nie ogranicza się przecież na czarowaniu ludu swojego uśmiechem; ona go także czaruje dobrocią. Przez czas pobytu w Genui, poranki królowej wszystkie niemal oddane były szpitalom, ochronkom, przytułkom sierot, kalek starców, weteranów i szkołom miejskim, że już o wystawie nie wspomnę.
Z powodu wystawy wszakże mam żal do królowej: widziała wszystko, pytała o wszystko, a nie zauważyła króla Ćwieczka! A ot, jak się to stało. W galerji machin, pomiędzy stosem walcowanej blachy a wielką pryzmą kul stożkowych, siadywał mały człowieczek na małym stołku, przy małym stoliku, na którym mała maszynka lekko i cicho, jakby na palcach chodząca, wyrzucała z małego trzęsącego się ciągle korytka setki małych ćwieczków, ćwieczków tak małych, że całą ich setkę można było wziąć w dwa palce, jak szczyptę tabaki. Mały człowieczek przewlekał