Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w dniu tym, jak ministra; ale i tak mało kogo utrzymać mogła: wszyscy lecieli „na króla.” Obejrzawszy się tedy, że im z tej luzy i części nie zostało pod ręką, rzucili się panowie pyrotechnicy do zapalania swoich majstersztyków już od trzeciej we dnie. Kiedy więc zmierzchło, część świateł już się dopaliła, druga gorzała siako tako, a trzecia zgoła jeszcze zatloną nie była, bo tłuk ludzki przystępu nie dawał.
Zatarły się tedy linje łuków i kontury godeł, spełzły barwy obrazów i rysunki cyfer; wielki transparent, który miał uczynić z siebie ogniste tło potężnej masie marmuru i bronzu, przedstawiającej postać Wiktora Emaunela na koniu, płonął miejscami tylko, jak porwany w strzępy, a olbrzymia barykadująca niemal całą szerokość ulicy Assaroti korona po nad nim, nie wiem czy miała sto rozpalonych lampek. Słowem-fiasco.
Godzina w pół dziesiątej, król dobił z królową do teatru, a powozy z damami stoją. Już w teatrze przebrzmiał hymn królewski, już po dwakroć kolumna karabinierów, wysłana dla zrobienia miejsca ekwipażom, rozbiła się o mur ludzki i wróciła z niczem; już król i królowa dwa razy ukazali się w oknie, powitani frenetycznym okrzykiem: „Viva!”, a damy precz stoją. Wtem wiatr posunął się od morza i popędził po niebie cały tabun chmur grubych, czarnych; reszta świateł na łukach dogasa.