Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/233

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ciżba. Co było ludu na przyległych ulicach, nie wiem; ale na szczupłym placu Carlo-Felice skupiło się — mówią do 40000. Jabłko-by po głowach potoczył. A jak się zacisnęli raz, tak choćby i chcieli, nie mogli ni w tył, ni naprzód. Kobiety mdlały, głuchy pomruk świadczył, że i mężczyznom tęgo żebra gniotą; szczęściem ktoś dziecko wyniósł ponad głową i na karku posadził; zaczem i inni zaczęli dzieci w górę brać, boby o się było podusiło ze szczętem.
Tymczasem cała ulica Roma w dwa rzędy powozów zapchana. W powozach damy omal że nie wpadają w spazmy. Przed królową powinny były zająć swoje loże i powitać powstaniem piękną Małgorzatę; a tu ani marzyć o przebiciu się przez tłumy. Godzina dziewiąta, powozy stoją. Jedne z dam także w nich stoją, jak uosobienie kipiącej niecierpliwości, inne rzuciły się na siedzenia we wszystkich pozach, jakiemi wyraża się gniew, zniechęcenie, zawód, rozpacz czarna.
Nikt nie patrzy, nie może, nie ma miejsca patrzeć na wielkie luminaria tej części miasta, które zresztą nie udały się wcale. Przygotowań do tego było coś dni dziesięć, połowę bruków miejskich poruszono z miejsca, a kiedy przyszedł stanowczy moment, nie było rąk do zapalania tych milionów lampek tworzących łuki, arkady, bramy, wstęgi, cyfry. Florencka firma, która się podjęła tych iluminacyj, lada draba płaciła