Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dami. Jedna tylko straż honorowa rodziny sabaudzkiej znajdowała plac wolny i poklask równy niemal temu, jakim przyjmowano króla.
Była to kupa szarego autoramentu, kto w tużurku, to w tużurku, kto w kapocie, to w kapocie, kto w bluzie to w bluzie. Na szyjach pstre chustki z rogiem wypuszczonym po kołnierzu, na piersiach wstęgi, medale i krzyże.
To inwalidy z bitew włoskich, żołnierze zjednoczenia Włoch, pozbierani po wszystkich bataljach od 49-go roku jeszcze może.
Byli w tej kupie starce siwe, jak gołębie, idący jednak raźno za muzyką marszu; były kapelusze zsunięte z czół śniadych, szeroko bliznami znaczonych, były rękawy puste, powiewające u ramion, albo zatknięte u piersi tuż przy czerwonej wstążeczce i krzyżu zasługi, a stukot wielu szczudeł nadawał szczególny rytm pochodowi tej najbliższej i jedynej straży króla.
Tłumy odpływały od portu do miasta do późnej nocy, oblegając po drodze wszystkie kawiarnie, piwiarnie, „trattorie,” „gelaterie,” co dawało ludzkiej ciżbie siaki taki upust. A cóż? Toć tam większa część nic w ustach od rana nie miała, prócz krzyku. A jednak kiedy około godziny dziewiątej królewski powóz ruszył ku teatrowi, to mu tę drogę od ulicy Balbi do Carlo Felice, trzy minuty trwającą, odbywać wypadło przeszło trzy kwadranse. Była nawet obawa, że król wcale do teatru nie dojedzie, taka się zwarła