Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


epicki, ten historyczny koloryt, tę malowniczość nawet, którą oceniam chętnie z pewnego oddalenia.
Bądź co bądź, imponujacym jest widok miasta, po którego ulicach płynie, faluje, kłębi się i kipi lub zbija w potężne zatory z jakie pół miljona ludzi. Okrzyk i poklask staje się gromem, szmer — wichrem, uniesienie — burzą, zapał — wybuchom pożaru. Czem zaś jest w tłumie takim cisza, tego się określić nie podejmuję; wiem tylko, iż jest ona ogromniejszej mocy, niżeli tamto wszystko razem.
Wśród takiego to półmiljonowego conajmniej tłumu odprawił wjazd do Genui król Humbert z królową i synem, lądując pod biciem z armat i pod szelestem bander całej floty okrętów europejskich i amerykańskich.
Przypuszczać można, iż znajdzie się kiedyś malarz lub poeta, który ten wjazd upamiętni w sposób najodpowiedniejszy do zalegania archiwów i sal muzealnych, ja ograniczam się na jednem żywem spostrzeżeniu: wiele koni drżało na całej skórze wchodząc w tę ruchomą, bezbrzeżną ludzką falę.
Sam wjazd od portu do zamku trwał dobre dwie godziny: bo nikomu tam nie robiono wielce placu i nie namykano się osobliwie przed nikim. Pojazdy, muzyki, parady wojskowe, wszystko to wrzynało się między tłumy z największą trudnością; prawda, że i z największemi wzglę-