Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


która jest gościną, rozrywką. Cóż mam rzec o pracy? Już samo stworzenie ministeryów dowodzi konieczności pomnożenia króla — jako cyfry — przez jakieś dziewięć albo i dwanaście. Czyliż to nie znaczy, że król musi pracować do 12-tu godzin dziennie, chcąc tylko z grubsza trzymać w ręku machinę państwową?
Ależ proszę zauważyć, że tutejsi węglarze z „Portofranco” zrobili niedawno „sciapero,” jak tu nazywają strejk, nie chcąc pracować dziesięciu godzin na dzień!
A potem królowa. Królowej gorzej jeszcze. Uśmiechy króla skontrolować trudno, jeśli razem z popularnością oddziedziczył po rodzicu wąs tak wyjątkowy, jak wąs sabadzkiego domu. Choćby się skrzywił jak środa na piątek, nie będzie znać togo.
Ale królowa niema tej ochrony. Królowa musi się przez dwanaście godzin z rzędu uśmiechać minimum; a jeśli bal dworski wypadnie, tedy znacznie dłużej. Czy to żart, proszę? Zdaje mi się, że to wcale żart nie jest. To wprost grozi rozciągnięciem okrężnego muskułu, wynaturzeniem go, kalectwem poprostu. Włosi utrzymują, że ich królowa uśmiecha się przez sen nawet. W takim razie wszakże nie marzy zapewne o... tłumach.
Z tem wszystkiem tłumy to właśnie i tylko tłumy nadają takim, jak genueńskie, uroczystościom ten charakter siły i wielkości, ten ton