Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tymczasem w teatrze śpiewają kantatę, ową wielką konkursową kantatę: „Apoteoza Kolumba,” zaoszczędzoną jeszcze z czasów otwarcia wystawy, kiedy „Il Re” chybił. Sopran trzyma z chwałą sigaora Darclée, piękna primadonna rumuńskich teatrów i pokrewna Carmen Sylvy. Królowa Małgorzata zachwycona jest śpiewaczką i kantatą, ale koryteusze uroczystości gorycz mają w sercu. Nie o takim oni wieczorze w teatrze marzyli dla swej monarchini! Mieli ją przyjąć wielką operą „Colombo,” operą, którą się stworzyć podjął maëstro Franchetti, i której na czas nie zinstrumentował. Trzydzieści pięć tysięcy lirów za to wziął i nie zdążył. A do tego gniewać się głośno nie można, bo maëstro jest markizem, tęgie plecy ma, liczyć się z nim należy. Królowa, która zna dobrze perypetje tej sprawy, podwójnie chwali kantatę. Zdawać by się mogło, że nie istnieje dla niej nic piękniejszego, jak dwuśpiew sopranu i altu, przedstawiający zetknięcie się Europy z Nowym światem, podbity dwu chórami, przeciwiającemi się sobie, a jednak świetnie sharmonizowanemi przez maëstra „Rata”.
Bije dziesiąta — powozy stoją. W tem jak nie błyśnie, jak nie zagrzmi, jak nie lunie z nieba! W jednej chwili powstał krzyk, w drugiej zakotłowało się na placu jak w kipiącej kadzi, w trzeciej plac jakby wymiótł: tylko pięty niedobitków