Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


VI.
Na morzu.
Genua, 7-go września.

Od wczoraj morze stało się bohaterem chwili. Nowe, potężne miasto wyrosło nagle z fal jego. Miasto ruchome, kołyszące się, pstre, ożywione typami, ubiorami i mową obu półkul świata.
Wiekie, gotyckim tumom podobne krzyżowce śmigają w niebo tysiącem wież masztowych; olbrzymie pancerniki, jedne z groźnie zaczepną ostrogą, inne z odpornie uzbrojoną piersią, stoją na kotwicach jak obronne zamki. Płaskie torpediniery leżą na wodach, jak całe rzędy domów i hal miejskich. Parowce buchają dymem jak fabryki, a setki wytwornych yachtów odbijają od nich białością swoja niby wille i pałace.
Wśród miasta tego zostawione wązkie ulice, po których gęsto ścigają się łodzie, czółna, barki i drobne parowczyki, wożąc gości od nawy do nawy i tak uwijających się wśród tych kościołów, twierdz, fabryk, hali i pałaców, wyczarowanych nagle z morskiej toni, jak się zwykły uwijać prawdziwe powozy i dorożki po ulicach wielkiego miasta.
Wrzawa, śmiechy, okrzyki podziwu i przestrachu, wiwaty improwizowane naprędce, plusk