Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


go wyborna orkiestra, z pięćdziesięciu przeszło osób złożona, wzięła nagrodę drugą, trzecią Genua, a czwartą Werona.
Po tym wielkim turnieju mandolinistów brzęczało nam tu w uszach przez kilka dni, aż wybił nam z nich wreszcie to licho grzmot dział, który teraz wstrząsa miastem od rana do nocy, dając wszystkie wrażenia tęgiej wojennej blokady. Co i raz na dalekim horyzoncie ukazuje się obcy jakiś okręt, jeden z tych, z które przybywają witać ojczyznę Kolumba i włoskiego króla, natychmiast z najbliższego fortu „San Benito” rozlegają się potężne salwy. To znak, że Genua dojrzała już gościa, i że go witać spieszy. Gość, rzecz prosta, równie chce być grzecznym. Otwiera tedy paszcze swoich strzelnic i rzyga ogniem w morze, poczem grom bije w powietrze, a gość cały w białych zawojach dymu wpływa do portu. Teraz po wszystkich buteryach grzmią działa, to bliżej, to dalej, odbijając się w górach wielkiem, szerokiem echem. Nie wiem, jak wypadną uroczystości morskie po przyjeździe króla, ta wszakże, jaka teraz obchodzi morze, wzburzone od bicia z armat i owiane dymem, jak zdobywana reduta, jest nieporównaną.