Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/216

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wioseł, nawoływania przewoźników, zgrzyt zwijanych łańcuchów, komenda morska rozlegająca się z pokładów, skrzyp maszyn, świst pary, tarcie lin, szum żagli składają się na ten charakterystyczny gwar wielkiego miasta, którego złudzenie to czyni pełniejszem jeszcze. Chwilami, kiedy się łodzie ścisną, a parowce zblizka na siebie natrą, nie widać wody zgoła i jest się jak na zapchanej ulicy. Znajomi pozdrawiają się, przechodzą z łodzi do łodzi, prowadzą rozmowę, nieznajomi zamieniają spojrzenia, uśmiechy i czynią wzajemne obserwacye. Nie brak nawet drobnych zawikłań i wypadków, tak właśnie, jak kiedy tłum wylegnie na ulicę, a powozy wzajemnie sobie zawadzają i wyminąć się nie mogą.
Bursa zamknięta dziś wcześnie i na całe jutro: w porcie roboty ustały; pogodzeni z chlebodawcami węglarze pojutrze dopiero pójdą ładować i wyładowywać swój czarny towar w Porto franco. Dziś wszystko to świętuje, gwiżdże, kołysze się na linach, umocowanych u potężnych żelaznych czopów, a jeśli nie pływa, to siedzi na wysokich murach Molo Malapiga, z nogami spuszczonemi ku morzu i gryzie figi zielone.
Cała Genua jest na swojem „golfo”. Publiczność, dopuszczona do oglądania cudzoziemskiej floty, z hukiem i szumem wylała się na morze, jak wezbrana rzeka. Jutro urzędowy regulamin obejmie tu swoje prawa, dziś swobo-