Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zeszłej zimy w Medyolanie zdarzyło mi się mieszkać w domu, w którym pierwszego zaraz wieczora zastanowił mnie silny brzęk komarów. Brzęk ten przeraził mnie, gdyż zapowiadał noc fatalną, noc prawdziwie wenecką. Gdy jednak światło zagasło, ani jeden komar z tego roju, brzęczącego przez ścianę, nie zawitał do mnie.
Nazajutrz powtórzyło się to samo. Tym razem wyraźnie wśród komarzego brzęku dawało się wyróżnić granie drobnych muszek, w które od czasu do czasu bąk puszczał ton grubszy nieco. I tym wszakże razem, mimo czarnych przeczuć, noc była całkiem spokojna. Aż tu trzeciego wieczora wchodzi cała w dygach moja niziutka, czarniutka i chudziutka gospodyni, bardzo zresztą przy swojej ciągłej krzątaninie do mrówki podobna i prosi na małe familijne „concerto.” Nie było się sposobu wymówić; idę tedy, idę i znajduję się w ugarnirowanej rudawemi lombardkami sali, w której na środku, pod wielkim kryształowym świecznikiem, stoi stół okrągły, dokoła stołu siedzi z tuzin młodzieńców, a każdy trzyma na łonie sporą drewnianą, na pół rozciętą gruszkę, o długiej, obciągniętej strunami rączce. Chwila ciszy, poczem naraz uderzają wszyscy w swoje instrumenty, a ja ku największemu zdumieniu poznaję w nich moje komary, poznaję nawet moje muchy, moje bąki: to byli... mandoliniści.