Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Teraz, w wielkim kolumbijskim turnieju wzięło udział przeszło czterdzieści towarzystw gimnastycznych, pomnożonych gośćmi z za Lugano i z za wielkiego Gotarda. Górą w tym turnieju szedł Medyolan jego towarzystwo: „Forza Coraggio,” potem „Virtus” bolońska, potem rzymska „Romanina,” potem „Pavia” i jego „Ticino.” Szwajcarscy goście w tradycyonalnych kapeluszach z alpejską różą u taśmy ustępowali grzecznie gospodarzom, nie ponosząc przez to najmniejszego szwanku na swoim honorze.
Dość było spojrzeć na turnerów z Lucerny w wielkim pochodzie wieczornym, kiedy cała ta armia gimnastów z muzyką i z chorągwiami szła złożyć wieniec i uniżyć sztandarów przed pomnikiem Kolumba, aby poznać różnicę w wyćwiczeniu gimnastycznem włochów a szwajcarów. Czy budziło to zazdrość — nie wiem, ale serdeczności były wielkie, tem większe, iż ugoszczeni lucernczycy ofiarowali sąsiadom pamiątkową czarę: róg alpejski, cyzelowany misternie ze srebra, którym wnoszono przez kilka dni z rzędu toasty, odkładając na bok drażliwą politykę celną i sprawę tessyńską, niedawno jeszcze jątrzącą umysły po dwóch stronach śnieżnego olbrzyma.
Trzeci turniej był ściśle narodowym i specyalnie włoskim; tak niemal włoskim jak makaron, salami i... brigantagio. Były to zapasy mandolinistów i gitarzystów całej zjednoczonej Italli.