Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a kowadłem. Pan minister pojechał, a kwasy zostały. Co było robić? Nie było co robić, tylko rznąć drugi manifest, że komitet przygotowywa uroczystości wprost osłupiające (wierzę, przy tylu słupach, świeżo tu wkopanych!), że czerwony i niebieski perkal znajdzie zastosowanie jaknajbardziej obywatelskie i patryotyczne, że wreszcie szykuje się coś, o czem jeszcze mówić nie pora, ale co niezawodnie uspokoi wzruszone umysły i przyma gości, choćby w najdroższych hotelach.
Manifest ten — mamy tu teraz prawdziwy deszcz manifestów — podpisany przez hr. Lomellini, wiceprezesa komitetu uroczystości wrześniowych, uciszył nieco szemrzącą „Cittadinanzę.”
Zaraz też puszczono po mieście pogłoskę, że pan minister nietylko programu zabaw nie uszczuplił, ale do pochodu dzikich i do fantastycznej maskarady króla Cervary polecił dodać żywe obrazy, złożone z personelu urzędu municypalnego, w których to obrazach pan syndyk i pan prefekt udział wezmą osobiście, tudzież wielką narodową loteryę, w której każdy numer będzie wygrywał albo butelkę koniaku, albo bilet abonamentowy na cały rok do golarza. A nie były to pogłoski jedyne. Po całym placu Corvetto, uprzywilejowanym punkcie próżniaczej siesty genueńskich gamoniów, krążyła przez kilka dni wieść, że król rozda po sto franków wszystkim robotnikom żonatym, a kawalerom po sto pięćdziesiąt, jako że ci większej potrzebują zabawy.