Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Z tem wszystkiem, z tą częścią publiczności najłatwiej sobie jeszcze poradzić. Gdy zbytnio dowodzą, prowadzi się ich do najbliższej kwestury i tyle. Krzyczą wprawdzie, że na ich nieobecności ucierpi przyjęcie króla i stara sława Genui, no, ale się nie zważa na to. Gorzej z tymi, którzy, nie poprzestając na ulicznym kipiątku, zaglądają do samego kotła i chcą wiedzieć: co się też w nim warzy? Łatwo sobie wyobrazić, w jaki kłopot taka natarczywa ciekawość, zapychająca reklamacjami i pytaniami całe szpalty dzienników, wprawia komitet tych uroczystości, skoro się weźmie na uwagę, że on sam nic na pewno nie wie. Ułożył program, prawda; prawda i to, że w tym programie były różne szopki: pochody dzikich, maskarada fantastyczna dworu „króla Cervary” (na pamiątkę bitwy pod Cervarą) i inne tym podobne michałki. Ale pewnego pięknego ranka, traf, przyjeżdża pan minister z Rzymu i przemazuje cały ten plan, jedne numery programu wyrzucając na potem, a resztę modyfikując w takiej mierze, aby król, zmęczony manewrami w Foligno, mógł im przecież jakoś podołać.
Słysząc o tem publiczność, podniosła srogi lament; zaczęto krzyczeć, że z uroczystości nic, że czerwony i niebieski perkal, zakupiony na chorągwie, będą musieli na fartuchy dla kucharek obrócić, że cudzoziemcy z miasta się wyniosą, że balkony i okna nie przysporzą ani centa dochodu. Komitet znalazł się między młotem