Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Bądź co bądź, teatry pusto, wystawa pusta, nawet kawiarnie puste. Wszyscy są na ulicy, wszyscy „pomagają” w upiększaniu miasta. Pod każdym słupem ścisk, tłok i zawalenie drogi. Stanie kupa, pozadziera głowy i radzi, przyglądając się, jak siedzący okrakiem na czubie drabiny pachoł lampki wiesza. „Krzywo!” — krzyczy jeden. „Teraz żółta!” — woła drugi. „Nieprawda! Czerwona teraz! Niżej! Wyżej! Bardziej tu na bok! Jeszcze! Jeszcze na bok!” Pachoł przymierza, rychtuje wyżej to niżej, wtem brzdęk! leci mu z ręki do licha cała ta parada. Bóg łaskaw, że nie on sam jeszcze. Śmiech, krzyk, klątwy, jednem słowem wyborna zabawa.
Od chwili zwłaszcza, kiedy po rogach ulic rozlepiono manifest pana syndyka, wzywający obywateli miasta do czynnego udziału w gościnnem, godnem starej genueńskiej chwały przyjęciu wszechświatowych i koronowanych gości, wszyscy oberwańcy z pod arkad teatralnych i z placu Corvetta bandami po ulicach stają i wprost komunikacyę tamują. Konduktorzy tramwajów gwiżdżą w świstawki, jak lokomotywy, ci nic. Krzyczy policyant: „Na bok! Rozejść się! Z drogi!” A oni: „My bierzemy udział! Viva il Re! Viva il Sindaco!” Co im mówić? Szczęście jeszcze od Boga, jeśli tylko udział biorą, a nie co innego. W każdym razie lepiej jest nie kłaść portmonetki w zbyt oddalone od oczu kieszenie.