Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i zieleni ogrody całej Liguryi; wyszafowano cały zapas muślinów na olbrzymie stokrocie, mające płonąć po transparentach ku czci imienia królowej, a czerwone i niebieskie perkale wyparły z wystaw sklepowych wszelki inny towar. Stuku, puku, zgrzytu po ulicach od rana do nocy: blizkie odlewnie w Sampier-d’Arena nie mogą nastarczyć żelaznych liści do wielkich palm, któremi się tu na gwałt zasłaniają przeróżne rudery; od domu do domu bujają się przez szerokość ulicy wstęgi i sznury, jak dla linoskoków, a uprzykrzone papugi małych portowych uliczek jedna przez drugą skrzeczą: Umberrr-to! Umber-r-to! albo: Marrrquerrritta! Poprostu uszy więdną.
Jedna tylko Bursa zapchana, jak zawsze; po za nią wszędzie pustka.
Próżno „Ryszard Lwie Serce” sam siebie przechodzi w rycerskości na deskach „Politeamy” próżno sławny Tamagno śpiewa „Otella” Verdi’ego w Carlo Felice, na pierwszej genueńskiej scenie, którą ktoś temi czasy z powodu braku widzów i słuchaczy „Carlo Infelice” nazwał. Wszakże nie wypada mi może pisać o tem, zważywszy, iż śpiewa tu teraz w „Rigoletto” panna Pinkertówna, warszawianka, a myśmy tak przywykli hurtem wierzyć w nadzwyczajne tryumfy naszych śpiewaczek po wszystkich zagranicznych scenach!