Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jące w sobie zawsze coś pogrzebowego. Tu nic nie swędzi, nie dymi, nic trzeszczy. Tu ognie są wesołe, śmieją się, skaczą, unoszą się w powietrzu jak motyle o stu jasnych barwach. Nikt tu nie widzi tych karawanowych, jednostajnie ku ziemi pochylonych żagiew, z których kapie smoła. Ta kształty, linie, przecięcia się świateł są różne. Rządzi niemi symbol, fantazya, nastrój chwili. Włoska Fiaccolata, lubo się nocą odbywa, nie ma w sobie nic z nokturnu; jest to scherzo drobnych ogników, które wysoko nad głowami niesione układają się w koła, kule, trójkąty, półkola, półksiężyce, kwadraty, elipsy, a gdy już wyczerpały całą geometryę, puszczają się na tworzenie transparentów, obrazów. Oto właśnie okręt jakiś przechodzi mimo. Ze czterdzieści par rąk niesie jego podstawę, tworzącą doskonałą sylwetę statku z zielono-modrych płomyków. Oto ogniem malowany Columbus, oto obelisk z białych, czystych świateł, przypominający może ten marmurowy, z gwiazdą jutrzenną na szczycie, który w pół drogi między Genuą a Nevri, na zstępującej w morze skale stoi, w tem miejscu, gdzie w noc majową Garibaldi siadał w łodzie. Medycy sieją czerwonemi ogniami, jak kupa potępieńców. Pokazuje się wszakże, iż najwięcej u nich jest klatek, parasolek, wachlarzyków i kwiatów, co każe przypuszczać, że wyjdzie ztąd porządny zastęp lekarzy damskich.