Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żądło wije się, rozszczepia, grubieje w paszczę i przepada w modrych kłębach, które rozpierścieniają się naprzemian z zielonemi, złotemi i znów czerwonemi. Olbrzymie cielsko rozwija się w potężne skręty ognia, cale w migotaniach świetlnych, w blaskach i w kolorach. Za hymnem idzie. Ta prosta pieśń młodości i siły czaruje go, urzeka, pociąga. Za ciemną grupą trębaczy, w ciemną głębię ulic, pod ciemnym szafirem nocy, sunie ten dziwaczny potwór jakimś korowodem fantastycznym, jak gdyby we śnie widzianym, rzucając w twarze ludzi ognie sine, księżycowe, upiorne i złote naprzemian. Patrzysz i myślisz, że jakiś kawał bajki czyni się tu życiem przed tobą. Może Szklana Góra? Może Smok? Może zaklęty królewicz? Może król-wąż o siedmiu koronach?...
To zdala. Ale kiedy się te ognie przybliżą i przemijają przed tobą, wrażenie jest inne zgoła. Widzisz kilkaset młodych, składnych postaci, które, lubo pogrążone w półmroku, biją w oczy zdrowiem i silą. Berety odpowiednie kolorem niesionych wysoko ogniów odznaczają oddzielne wydziały wszechnic; dużo jest wszakże głów obnażonych, albo pokrytych zmiętemi kapeluszami. To rzemieślnicza młodzież, którą studenci przypuścili do swojej „Fiaccolaty.”
Włoska Fiaccolata urządza się nieco inaczej, niźli owe fakelcugi uniwersytetów niemieckich, nieraz wprawdzie bardzo malownicze, ale ma-