Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ście, jak Marya Teresa i Napoleon — ten Wielki.
O grotach nie mówię. Łódka moja błądziła kiedyś po ich zielonem światłem objętych wodach, odbijając się od stalaktytu do stalaktytu i nie mogąc wypłynąć z tych dziwnych, styksowych zmierzchów. Pióru to samo przytrafićby się mogło. A jemu nie wolno dziś błąkać się i marzyć.
Otóż już z książęcych ogrodów Doria zabrzmiał charakterystyczny hymn uniwersytecki. Noc szafirowa, cudna, miasto uciszone szeroko, powiew świeżości bije na nie od gór i od morza. Ulice na wskroś puste, po obu stronach murem ludzkiej ciżby objęte, tworzą dziwaczną perspektywę pnących się w górę i zbiegających w dół krużganków o ruchomych, wiejących tysiącami wachlarzy i tysiącem szeptów rozszemranych ścianach, których szelesty to wzmagają się, to opadają, mając w sobie coś z falistości i z rytmu tego morza, które o pierś miasta bije.
Okna pootwierane, pogaszone światła. Ciemne sylwety wypełniają wszystkie balkony i tarasy. Nad ogrodami Doriów stoi łuna. Wyniosłe ich, nakryte szpalerami czarnych pinij wzgórza błyskają zdala, jakby po nich sunął wielki wąż ognisty.
Nagle z najgłębszej głębi uderzają silne, jaskrawe światła, niby czerwony język tego węża. Hymn Mamelego brzmi coraz potężniej. Ogniste