Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szczęśliwych murach, które mistrza kryły, zresztą jakby ich wymiótł. Noc była zupełnie cicha, jeśli nie weźmiemy w rachubę gromady mandolinistów, która przebiegała miasto w różnych kierunkach, próbując sentymentu nadobnych genuenek, oraz jeśli pominiemy dwie czy trzy bandy przyjaciół zwierząt, naśladujących głosy wszystkich czworonogów, jakie swego czasu weszły do arki Noego. Że należy to wszakże do stałych przypraw genueńskich nocy, miasto spało na obadwa uszy, snem tak wybornym i orzeźwiającym, że nawet, hipokondrycy wstali rankiem w różowych humorach. Jak ten dzień przeszedł, a zwłaszcza, w jaki sposób obciążył trzeci dział hypoteki wielkiego studenckiego koncertu, nie jest mi wiadomem. To pewna, że młodzież z ostentacyjną niemal kokieteryą unikała spojrzeń miasta. Przypuszczam nawet, że w tym to dniu właśnie odbyć się musiała wchodząca w program uroczystości wycieczka do Pegli, uroczej willi Pallavicinich, gdzie, oprócz kameljowych gajów, rzymskich ruin, pysznych palm i tysiąca chochlików, ukrytych w tysiącu drobnych promieni wodnych, które wypadają na ciebie najniespodziewaniej z mostków i z altan, rzucając ci w twarz perłową mgłę rosy — oglądać można popiersie Chiabrery, naśladowcy dawnych trubadurów liguryjskich, w pieśniach, pisanych ludowem narzeczem, tudzież cudne komnatki z bluszczów i marmuru uwite, w których bywali tacy go-