Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stych rumakach. Co zaś do Fritza, ten przewraca okrutnie białkami oczu, rusza straszliwie wąsami i wywija ciężkim mieczem, co widzów w zachwyt wprawia, entuzyazmując ich dla Mascagniego, tak, że gdybyś poważył się bąknąć, że Beethoven był także muzykiem, spotkałby cię los urągającego Apolinowi Marsyasza.
To też, kiedy dnia tego wieczorem ogromny huk wstrząsnął miastem od Portofino aż do wielkiej tamy, mogłeś być całkiem spokojny.
Nie było to ani trzęsienie ziemi, ani wybuch dynamitu, ani nawet żadna z herkulesowych prac komitetu, wystawy. To tylko Genua witała poklaskiem mistrza Mascagniego.
Witała na niewidziane, i to z tym większym hukiem. Mistrz wprawdzie był tam gdzieś w tym tysiącznym tłumie; ale tylko jako myt, jako legenda. Otoczyli go, obarykadowali, porwali pomiędzy, siebie nakryli wzniesionemi beretami, unieśli z sobą — studenci.
Był ich własnością, przybywał na studencki koncert, na koncert który miał bądź co bądź opłacić koszta wszystkich tych „bicchierat”, za które restaurator gwałtu pieniędzy wołał, nie dbając nic na to, że były „d'onore.
Szło tedy niezmiernie o to, aby nikt nie zaspokoił ciekawości oglądania mistrza — bezpłatnie.
Tego wieczora studenci byli niewidzialni. Garść ich stała przed hotelem Rebecchino, garść przed caffé Roma, trzymając straż honorową przy