Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z torbami w ręku, w zadziwiająco jaskrawych krawatach i kapeluszach tylko co dobytych z pudeł, gdzieś na strychach, od ślubu może zakonserwowanych. Ale Genuę samą jakby wymiótł ztamtąd. Genua tem tylko żyła, co jej o Mascagnim mówiło.
Któregoś dnia wchodzę na wystawę, pustka po galeryach. Ba! pustka nawet w panoramie i w kiosku z „Barberą,” choć ten gatunek wina szczególną protekcyą genueńczyków zaszczycony został. Idę, kręcę głową, dziwuję się, patrzę, aż tu przed pawilonem machin ludu jakby mrowia. Co u licha? Całe tłumy po piętach sobie depcą i rozstawiwszy łokcie, bodą niemal, waląc głową naprzód do pawilonu elektro-dynamiki.
Myślę: Bibersztejn! Ani chybi, baron Bibersztejn! A już mnie porywała pasya, bo przy całej chlubie, jaką nam przynosi ten niby-rodak i wynaleziony przez niego: „Ostrzegacz elektryczny pożarowy”, wyznaję, że nie lubię takiej miskulancyi, jaką przedstawia polak herbu Rogala (przepraszam! Baron jest nie żonaty!), który po polsku nie umie, jest rodem alzatczyk, z pochodzenia szwajcar, z tytułu i wyboru po kapitulacyi Strasburga obywatel rzeczypospolitej S. Maryjskiej, a ostatnio włoch naturalizowany, jak mi to sam, odwiedziwszy mnie łaskawie, opowiedział, drzącą już nieco i osłabią ręką kreśląc na karcie z barońską czapką tytuł swego wynalazku „Avvisa-