Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nui Kolumbowi służą, najwszechwładniej dotychczas panuje tu ogień.
Później, gdy król przybędzie, morze i jego goście cudzoziemscy zajmą pierwsze miejsze; teraz wszakże to wszystko, co się chce wyrazić z pewną dobitnością i mocą, wyraża się ogniem.
Le fiaccolata” stała się hasłem dnia, a raczej hasłem nocy, pysznych włoskich, głęboko rozgwieżdżonych, albo srebrzystych, księżycowych nocy, które tym pochodom płomieni, tym mirażom kolorowych żarów, tym wybuchom iskier dają przedziwne tło i dopełnienie.
Przyjechał też Marcagni. Łatwo pojąć, ile waru dolało to do owego kipiątku. Ludzie biegali po ulicach, jak dotknięci szałem, a cała Genua zmieniła się w wielką ptaszarnię, w której nic innego słychać nie było, tylko gwizdy, świsty i trele na temat serenady czy aryi Turrida. Nawet papugi, które tu z szczególną predylekcyą chowają łatacze butów i stolarze, przestały za tobą wołać swoje: „Con permesso!” a krzyczały „Pietro! Pietro!” jako, że Mascagniemu Piotr imię.
Łaska Boska, że katarynki w mieście ani na lekarstwo, gdyż wszystkie wywędrowały do Warszawy.
O Kolumbie tak dobrze, jakby zapomniano, nikt o nim i nie myślał nawet. Na Acqua-Verde, przed białym jego pomnikiem, już tylko dopiero co przybyli prowincyonaliści stawali kupą