Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wyprawy; panowie z fularami burmistrzują w dalszym ciągu po arenie, co odejmuje połowę uroku, jaki widowisko wywierać mogło.
Dobrze też uczynił ten, kto po przysiędze Alkadów wycofał się z „Portu Palos,” a poszukał sobie miejsca, z któregoby całość już rozwiniętego pochodu mógł zobaczyć.
Widok miasta sam już starczy za tęgie widowisko. Sklepy i warsztaty zamknięte, gmachy publiczne postrojone, władze bezpieczeństwa w pełnej gali, kluby, lokale stowarzyszeń, wielkie kawiarnie i hotele zmienione w klomby kwiatów; okna, balkony, estrady, chodniki falują od głów ludzkich, jak łany. Stare mury Monte-Sana, Santa-Chiara, San Giacomo, Acqua—Sole, balustrady Porta Pila i Porta Romana, zewnętrzne tarasy rzuconych na znaczną wysokość ogrodów Doria i willi Rozzera, place: Annunziatta i Principe uczyniły się jednem morzem tłumów. Konny posąg Wiktora Emanuela na placu Corvetto i poblizki pomnik Mazziniego znikły pod ludzkiem mrowiem, a wśród zieleni otaczających je klonów świecą gęsto rozpalone oczy wyrostków, którzy się aż na czuby drzew wdrapali. Całe miasto wyległo na ulice. Możnaby oddalone od linji pochodu domy splondrować od piwnic do strychów bez żadnej przeszkody. Ale i rzezimieszkowie poszli patrzeć na Kolumba.
W oczekiwaniu na widowisko tłumy bawią się wybornie. Usadowiona no baryerach, gzym-