Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


munsztuk wzięte, żują wędzidła i rzucają łbami, strojnemi w pęki wstążek, piór, w dziwaczne czuby i kosztowne kity. Przy każdym koniu biegnie jeden lub dwu małych giermków, strojnych w barwy rycerza. Nieoswojone wszakże ze swoją służbą delikatne chłopięta, pierzchają na strony przy każdem parsknięciu konia, co stanow, komiczną przyprawę uroczystego wjazdu. Jeźdźcy, jeden w drugiego, postacie malownicze, typy niezwykle piękne, głowy pełne wyrazu. Każdy wygląda jak obraz skończony. Nie są to już komparsy, których komitet ekwipuje i stroi. To rodowy i kupiecki patrycyat miasta, słynnego z swych bogactw, który chce i umie wystąpić wspaniale. Złoto nie jest tu szychem, ni bławat kitajem. Rzędy na koniach, pasy, klejnoty mogłyby figurować w muzeach archeologicznych.
Mówią, że Florencya dostarczyła rynsztunk, i zbroje, a Medyolan jedwabie i aksamity; pewną wszakże jest rzeczą, iż niejedna klinga i nie jedna makata dobyta została z rodzinnych sepetów. Dość powiedzieć, że prócz księcia Centusionei biorą w pochodzie udział Sommarivy, Ratazzi, Parodi, Testy, Santa Croce, Dorie i inni tegoż stempla.
Wjeżdża Kolumb, witany przeciągłym oklaskiem. Koń pod nim ciężki, gniady, dużej miary, nie należy do najpiękniejszych. Mimo admiralską buławę, Kolumb nie stawia się, jako wódz