Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


loża, jaką sobie wyobrazić można, i zajmuje cały wschodni pawilon Palestry.
W pawilonie zachodnim usadowiła się prasa. Ta, jak wiadomo, wszędzie wybornie urządzać się umie. I tu więc zaczęła od postawienia między sobą wielkiego kosza mrożonego asti. Nie dziw, że przy takim systemie chłodzenia się, wszystkie wieczorne sprawozdania z uroczystości tchnęły żywym ogniem.
Księży mało. Z tych, którzy przyszli, nie widać ani jednego w pierwszych rzędach krzeseł. W głębi dopiero czernią się tu i owdzie ich okrągłe kastorowe kapelusze, których podniesione skrzydła utrzymują sznurki przez dno przewlekane.
Tymczasem trzepot wachlarzy rośnie z każdą chwilą. Czyni to takie wrażenie, jakby ci się stada przepiórek z pod nóg na ściernisku rwały. Trzepot ten równie dobrze pokrywa milczenie jak i rozmowę. Tę ostatnią lepiej jeszcze, skuteczniej. Nad wszystkiem wszakże zapanowywa brzęk czarek, w których roznoszą granito, a pogrążona w chłodzeniu się publiczność, zapomina przez chwilę o Kolumbie i o sprawach jego.
Chwila ta wszakże przemija szybko i oto jesteśmy w Palos. Scena taż sama. Góry i niebo, z dolatującym od morza powiewem, równie dobrze służą obu częściom widowiska.