Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cami trąci! Ani jeden z tych pysznych genueńczyków nie zrobiłby inaczej. Szmer zadowolenia przebiega jednak tłumy, gdy książe przed królową ugina kolano. Kobieta zawsze jest władczynią, czy zwie się Izabella Katolicka, czy Signora Argentina Castelli.
W tej chwili rozbrzmiewa fanfara obozowa w Santa-Fé, której prostą, surową, archaiczną melodyę prowadzą bębny i trąby, a królewska para oddala się wśród poklasku odbitego dwoistem echem od gór i od morza. Teraz nastąpiła krótka chwila wytchnienia, w której można się było rozejrzeć nieco po amfiteatrze.
Galerye pierwszego piętra rozkwiecone jak grzędy kwiatów jasnemi barwami lekkich toalet: mnóstwo ślicznych dzieciaków o wielkich, czarnych, zadziwionych oczach. Słońce, mimo rozwieszonych nad głowami płócien, pali tak, że promienie jego sprawiają już nie przykrość, ale ból poprostu. Lewą wielką lożę od sceny zajmują studenci. Czerwone berety medyków, białe słuchaczy filozofii, błękitne słuchaczów prawa, mienią się jak motyle, wśród ciemno-zielonych beretów szkoły marynarki i jasno-zielonych wydziału matematycznego. Studenci przyszli na widowisko z własną orkiestrą, grającą hymn Goffreda Mamelegoi w ścisłej kolumnie pomnożonej delegacyami z wszystkich wszechnic włoskich, tudzież kilku uniwersytetów ze Szwajcaryi i z Ameryki, witani po drodze oklaskami tłumów. Jest to najweselsza