Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


głowiów, amarantów i den modro-srebrnych. Poniżej majestatu stanęło siedzenie rzezane cudną robota dla królewiczątka, zaczem paradne ławy dla panów Rady i dla Senatorów.
Lud tajał z radosnego wzruszenia, równie jak z upału słońca, które paliło bez wyboru, i krociowe tłumy wieszające się po murach i tych, którzy, zapłaciwszy miejsce oznaczone, czekali na widowisko czas nieoznaczony.
Jeszcze nas wszakże nie upiekło żywcem, a tylko podsmaliło tu owdzie, kiedy na tę jedyną w swoim rodzaju scenę, zamkniętą między szafirem nieba a szafirem morza, z przepyszną panoramą gór lekko omglonych, na których bliższe stoki Genua pnie się amfiteatralnie, wkroczyli miejscy trębacze, a za nimi na ciężkiej, białej klaczy, przez dwóch pachołków za uzdę wiedzionej, wjechał „Pregonero.” Pregonero mimo pargaminu z królewską pieczęcią, który mu sterczał z zanadrza czerwono-żółtej kurty, robił wrażenie figury komicznej. Istotnie, był to jeden z najbardziej otyłych i falstafowatych heroldów, jacy kiedykolwiek obwoływali rozkazy królewskie; a kiedy jego spasiona kobyła w żaden sposób ustać nie mogąc w słońcu, obróciła się kłębami do tłumu pstrych mieszczan, którym Pregonero manifest swój czytał, huczny śmiech buchnął po galeryach Palestry, dając odrazu całemu zebraniu ten lekki, szumiący nastrój, któryby z musowaniem wina asti porównać można. Kiedy