Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kiej swojej przeszłości przeżywa. Bo jeżeli to fortissimo nastroju razi subtelniejsze organizacye, masy ludności czują się w niem właśnie w samą miarę.
To je wzrusza, dotyka, to porywa, budzi.
Ztąd udział ogromny, szczery, bezpośredni mas tych w uroczystościach, przez liczne komitety zorganizowanych, ztąd szalone brio tych uroczystości, które chłoną w siebie całą zapalność temperamentów, całą fugę skoncentrowanego w jednej myśli życia.
Komitetów organizujących jest tyle prawie, ile stowarzyszeń, kół, kółek, każdy tu bowiem chce złożyć dowód, że żyje i czuje. Wszystkie jednak uprzedziła tak zwana „Colombiana,” ta sama, która się zawiązała w ściślejszy komitet wystawy. Wielki pochód historyczny, przedstawiający pożegnanie Kolumba z królewską parą w obozie Santa Fé, tudzież wyprawa z portu Palos, był dziełem stowarzyszenia tego. Właściwie mieliśmy dopiero połowę pochodu tego. Wyprawa puściła się na morze, lecz nie powróciła jeszcze. Żyjemy tu tedy w srogiej niepewności: czy Kolumb odkryje Amerykę, czy też jej nie odkryje?
Zaczęło się to wszystko pod najlepszą wróżbą...
Na wielkim placu lewego skrzydła wystawy, czyli na tak zwanej Palestrze, wzniesiono majestat dla Ich Katolickich Mości: Don Fernanda i Donny Isabeli, od baldachimów, haftów, złoto-