Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ryjskich policzków, z poważnem, politycznem niemal marszczeniem kwadratowych liguryjskich czół i ze znaczącem przymrużaniem liguryjskich oczu.
Patryotyzm prowincyonalny, tak wybitny w miastach włoskich, napięty był do wysokiego stopnia. Król „Il-Re” miał przybyć z królową Małgorzatą i z synem na to otwarcie kolumbowych świątek.
Grube mieszczaństwo chodziło odęte, jak pawie, pyszniąc się ze swojej „Superby,” drobne — drżało z chciwości spodziewanych zysków.
Zjazd, dwór, cudzoziemcy, wszystko to zawracało głowy tej rasie handlarzy. Wmówiło to w siebie, że nastaje „epoca florida,” coś w rodzaju złotego deszczu z nieba. Nie mogłeś się orzeźwić szklanką mrożonej „bomby,” nie mogłeś kupić cygara, nie mogłeś wypić filiżanki kawy, żeby ci ta „epoca florida,” kością nie stanęła w gardle. Nawet mali przekupnie woskowych zapałek zaczęli już nie dwa, ale trzy pudełka robić z jednego, i nie dostawałeś już pięćdziesiąt zamiast sto, ale tylko, i to niepełnych, trzydzieści.
Właściciele hoteli, zajazdów, „albergów” i „locand” wszelkiego gatunku odrazu stanęli na stopie wojennej, podwajając i tak grube ceny. Restauratorzy przeciwnie zmniejszyli porcye tak, żeś po dwa „piata” na raz musiał żądać. „Epoca florida” była w powietrzu: czuła to kieszeń two-