Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ja. Aż tu naraz przyjeżdża któregoś ranka „Il-Re,” zmęczony, niewyspany, ziewający, niemal że niespodzianie, niemal że na pięć minut dla zmiany lokomotywy tylko, a kiedy syndyk miasta, porwawszy się z łóżka, pełen najgorszych przeczuć, zapytuje, czy „Maesta” przybędzie na otwarcie wystawy, król, wyglądając w bok oknem swego wagonu salonu, odpowiada: Combineremo, Combineremo, mio caro Sindaco! — i znika w obłokach pary lotnego „Ettore,” który go ku Rzymowi unosi. Z jaką miną pozostał p. syndyk na peronie, odgadnąć łatwo.
Podobno stał przez chwilę, jakby skamieniały, poczem westchnął, machnął ręką i utarłszy batystem spocone czoło, wyszeptał: „et omnia vanitas!
Natychmiast wszakże zrobiło się w Genui jakby luźniej nieco: kieszenie zwłaszcza poczuły cokolwiek mniejszą opresyę.
Epoca florida” oddalała się i znikała jak para, uchodzącego ku wiecznemu miastu „Ettora.” Chłopaki nawet zaczęły za węgłami starych genueńskich pałaców przystawać i dorzucać po dwie, po trzy zapałki do owych trzydziestu, żeby klientelę zachęcić.
Tymczasem pan syndyk miał myśl. Poprostu znalazł wyjście z tego, w najwyższym stopniu ambarasującego „Suberbę” położenia. Wyjście boczne wprawdzie i bez baldachimu, ale, jak na