Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Nagle spojrzał na stolik. Na stoliku leżał siódmy tomik „Liry.” Wziął ją w rękę, odwrócił kartę i patrzył uważnie, namarszczywszy czoło.
— Znam! — rzekł, Gomulicki! Też tęgi kaznodzieja!
Teraz zacząłem pojmować szczególne to określenie.
— Wolicie Gomulickiego, niż innych? — spytałem, zadziwiony nieco.
— I... nie to! — odrzekł. Ale że tęższy od innych je, więcej poradzi. Inni to się to po dwóch, po trzech na oną „Lirę” składali; różnie, jak się ta kto przepomódz mógł... A ten sam poradził caluśkiej!
Co było mówić? I to argument.
Wyszukałem słownik i dałem mu. Nie pamiętam, żeby mi kto tak dziękował za co. Potokiem rzuciła mu się z piersi wymowa rzewna, gorąca, modlitwa niemal. Powiadam ci, zawstydził mnie, szarpnął mi sercem tak, żem aż zęby ścisnął, żeby nie wybuchnąć. Czem, pytasz? A ot, nie wiem. Jakimś żalem, jakąś skruchą, nie wiem sam...
Mój chodzik tymczasem do węzełka sięgnął, wyjął z niego niedobieloną koszulę lnianą, grubą, w której miał zawinięty kawał czerstwego chleba, książkę obok chleba umieścił, złożył razem i tobołek do drogi wiązać zaczął.