Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


A kiedy to robił, łzy mu jasne, wielkie, kropliste na oną koszulę zgrzebną padały, a ręce trzymające książkę tak się trzęsły, jakby w nich klucze złote od onych śnionych skarbów miał.
Zaczem raz jeszcze dziękował, do rąk, do kolan się rzucił, na progu: „pochwalony” przerzekł, i jak stał, tak z miejsca ruszył: „Na zachód, po oświatę...”
Zadumał się mój towarzysz; milczeliśmy obaj.
— Hm! — przerwał milczenie po chwili. Czy warto dla ludu pisać?...