Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


temu, a teraz znów ich tu do trzydziestu. Nie wszystkie jednak czują nieszczęście swoje. Są też biedne niepoczytalne istoty, które raczej należałoby leczyć, niźli karać. Do tych należy Agda. Pamiętasz zapewne, czytelniczko, sprawę tej młodej podpalaczki i zabójczyni, o której rozpisywały się dzienniki nasze. Patrząc na śliczne dziewczę, nigdybyś nie przypuściła, że w niej coś zbrodniczego być może. Średniego wzrostu, składna brunetka, biała i kwinąca, jak róża, dziwnie wygląda w dużym, więziennym czepcu, z pod którego błyszczą jej oczy jasne i uśmiech dziecięcy.
Zaledwie podeszłam ku niej, kiedy skubiąc w ręku trzymaną roboty, z miną, jaką miewają czasem pensyonarki, rzekła cichym i słodkim głosem: „To macocha... wszystko macocha...”
— W Sybir idziesz, dziewczyno! — rzekłam, chcąc ją rozbudzić nieco.
— W Sybir idę... — powtórzyła jak echo, przyczem uśmiech nie zszedł ani na chwilę z jej pełnych ust rumianych.
Skazana na lat szesnaście.
Patrzałam jeszcze na nią, kiedy mnie z głośnym płaczem chwyciła za nogi stara jakaś wyschła kobieta, na której brunatnej, głęboko obnażonej szyi występowały żyły, jak postronki. Chciałam ją podnieść, ale ręce jej trzymały się mnie, jak kleszcze.