Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dnej obszernej izbie. Hafty nie są świetne; ale znaczenie bielizny i samo szycie bardzo dobre.
Rozejrzawszy się po szwalni, spostrzegłam kilka jeszcze starych znajomych z „Serbii.” Niektóre z nich okazywały wiele radości, inne trochę wstydu. Pod oknem świeżo wypuszczona Pudłoska kończyła stłumionym, syczącym głosem kłótnię, za którą siedziała przed kwadransem w „ciemnej.” Przeciwniczka jej zdawała się być zgnębiona niespodzianym obrotem sprawy. Szło im o chodzącego w podwórku szyldwacha, którego długi, ruchomy cień rzucał się na kraty otwartego okna.
Karność, praktykowana przy ulicy Złotej, dwojako oddziaływa na uwięzione. Jedne z nich zapadają niemal w apatyę, graniczącą z idyotyzmem, drugie, podlegają zwodniczemu podnieceniu nerwów. U tych ostatnich rysy twarzy są jakby naprężone, oczy posępnych błysków pełne, ruchy niecierpliwe, nagłe, głos ostry, twardy.
Spokoju, jakim się odznaczała Kazarynowa, nie widziałam tu na żadnej twarzy.
Najbystrzejsze i względnie najpogodniejsze, najbardziej inteligentne fizyognomie mają żydówki. Jest ich tu spory procent. Cała jedna izba jest im oddana wyłącznie, reszta mieści się wspólnie z innemi.
Najtragiczniejszą grupą na Złotej są tak zwane „posielanki” i te które do ciężkich robót idą. Wysłano już znaczną partyę, cóś parę tygodni