Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Weszliśmy na drugie piętro, gdzie nas spostrzegła druga z dozorczyń, i poprowadziła do przędzalni.
Z trzydzieści chyba kobiet jest w niej zaznajomionych przędzeniem na wrzecionach lnu i konopi, oraz kręceniem nici. Wszystkie już starsze wiekiem, pomiędzy niemi dwie wieśniaczki.
O kilka drzwi dalej szwalnia, którą trzyma na siebie prywatna przedsiębiorczym, a zarazem nauczycielka szycia bielizny i haftu.
Na pierwszy rzut oka spostrzegłam tu Waleryę War... Postarzała, zżółkła, z przewiązanem chustką czołem, miała nos jeszcze dłuższy niż dawniej, i jeszcze ostrzej świdrujące oczy. Podeszłam do niej prosto. Przyjęła to całkiem obojętnie.
— Gdzie Helena? — zapytałam zcicha.
— Na wolności...
— Cóż, pracuje?
— I... nie. Pracować, to ona nie pracuje, my już tam nie do tego.
— Coś przecie robi?
— At, zarabia trudem.
Wiedziałam już co to za zarobki, więc bliżej się nie rozpytywałam.
W szwalni tej, robotnicom wolno się ubierać w kaftaniki białe, przez wzgląd na delikatniejszą ich robotę, która musi być wykonywana czysto. Przeszło trzydzieści pracuje ich tam w je-