Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Oj! ratujcie mnie, ludzie, ratujcie!... Oj pani moja złota, zmiłuj się nademną sierotą...
Jak Bóg żyjący na niebie, nie na syna była ta trucizna, ino na szczura była... Syn mnie zgubił, pani moja droga, pies nie syn! Od maleńkości pies był... Adyć tu przychodził, adyć go tu ludzie widzieli, adyciem go tu za nogi obejmowała, żeby mnie nie gubił... A bodajże on jasności boskiej nie oglądał!... Oj zgubił mnie, poganin, syn, bił mnie do śmierci!... Kat nie syn!
Jęczała i głową o deski tłukła, chwytając się rzeczy moich nieprzytomnie, jak tonący. Ledwo się wydarłam tej okropnej matce. Skazana na całe życie na Sybir.
Z boku tymczasem chlipała, krygując się, szpetna jakaś baba, z wielką, jak pająk włochatą brodawką, na górnej wardze.
— Jak Bozię kocham, wielmożny panie, — mówiła do nadzorcy, strojąc dziwne miny — żebym tak zdrowa była, jak mu nic nie jest. Żeby choć oślepł, toby człowiekowi nie żal było przynajmniej, wielmożny panie. A teraz chłopu nic, a ja na taki los popadłam. Powiada wielmożny sąd, że był kwas... Abo ja wiem czy kwasy Kiedy nie oślepł, to może i nie kwas był. Jak Bozię kocham...
Stara ta baba skazana była na sześć lat na Sybir, za wypalenie kwasem siarczanym oczu swemu kochankowi.