Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zorze zorze nad uwięzionemi kobietami; a jednak — mamże wyznać — doznałam, zobaczywszy ową pannę, pewnego rozczarowania. Jakto, więc już cię tu nie spotkam, ty wyprostowany, surowy na pozór argusie, któryś w swojej filozoficznej wyższości uważał więzienie za menażeryę, a siebie za poskromiciela dzikich zwierząt? Więc już cię tu nie zobaczę, Katonie „od numerów,“ którego niezłomnie gładki, nie mający ani jednego lekkomyślnego zagięcia mundur, pokrywał jednak pierś przystępną wielu bardzo ludzkim uczuciom...
Ale jużeśmy weszli na schody i tu nas opuściła jasność niebieska, a przed nami rozciągnął się kurytarz zupełnie ciemny. Kurytarz ten, niezmiernie wązki i długi, ma z lewej i z prawej strony szereg przeciwległych sobie drzwi, w które wpierw nosem trącić musisz, nim je zobaczysz, a które, gdy się otworzą, sprawiają gwałtowny grożący paraliżem przeciąg.
Pozatem, wszystko tu jest w porządku. Izby jasne, okna cały dzień otwarte, czyste bielone ściany, którym biegnące dokoła lamperye czarne, nadają coś żałobnego, podłoga lśniąca, jakby pociągnięta woskiem. Właściwie przecież jest ona tylko wypolerowana denkami od butelek i skorupami stłuczonych szklanek, którą to manipulacyę wykonywują aresztantki z wielką zręcznością i wprawą. W każdej izbie mieści się kilkanaście tapczanów. Są to łóżka żelazne, wązkie, na dzień składane do połowy i zastępujące wówczas miej-