Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ulicy Złotej“: a urzędowy stempel tego tytułu, silnie odciska się tu na wszystkiem i wszystkich. Drzwi główne otwierają się cicho, przyzwoicie, jak każda przeciętna brama, bez tych zgrzytów i pisków, z jakiemi podnosiły się i zapadały rygle i zamki w „Serbii”; odźwierny trochę szablonowy, mógłby być równie dobrze woźnym w jakiejś finansowej instytucyi. Jakże mu daleko do starego Jakóba z Serbii, który nosił niebieską, bawełnianą chustkę na szyi, cały był osypany tabaką, mrużył oczy i uśmiechał się, drepcząc z wyciągniętym przed siebie wielkim kluczem, więzienie uważał za najrozkoszniejsze miejsce pobytu, a siebie za kogoś bardzo zbliżonego do Ś-go Piotra w tym raju!
Z bramy widać podwórze obszerne, obudowane dokoła oficynami, na prawo wejście do kancelaryi. Schody i korytarze woskowane i zasłane suknem, powietrza dużo i to dobrego powietrza.
Kancelarya obszerna, jasna, niezmiernie prosta, uboga niemal, opatrzona tylko w najniezbędniejsze sprzęty; ściany purytańsko białe i nagie. Jedyną ozdobą tego przybytku, jest wielka uprzejmość p. nadzorcy i jego twarz pełna słodyczy i ludzkości. Zaledwie zdążyłam usiąść na jednem z trzech krzeseł, stanowiących wraz ze stołem całe umeblowanie kancelaryi owej, kiedy się drzwi otwarły i weszła młoda panna, brząkając ciężkiemi kluczami. Jest to strażnik więzień pierwszego piętra. Zawsze ja marzyłam o takim kobiecym do-