Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


scesce ławy dla zajętych pod numerem kobiet Łóżko takie naciągnięte jest silnie grubą, płócienną płachtą, na nią idzie stary, z wybrakowanych kołder pochodzący, kawał dery, we dwoje złożony, pod głowę wązka poduszka, nałożona garścią słomy, na to zaś wszystko gruby wojłok, służący do okrywania się.
Wszystkie kobiety zostające „pod numerem,“ przez dzień cały szyją więzienną bieliznę i garderobę. Są to po większej części dość stare już baby, które innej, delikatniejszej roboty nauczyć się nie mogą; najstarsze i najniedołężniejsze przędą.
O szyciu tem wieleby się powiedzieć dało, i niejedna z was, czytelniczki, nie widziała przez całe życie takich obrębków i stebnówek, jakie się tu praktykują w najlepszej wierze. Trzyma się to jednak kupy, jak to mówią, a kilkanaście robotnic na jakie sto może, szyje wcale nieźle.
Dziwić się niema czego. Palce grube, przy złodziejskim procederze od igły odwykłe, często od długoletniego pijaństwa drżące, zginają się sztywno, jak kołki; i to co robią dość na nie.
Pilna szwaczka oddaje w ciągu dwóch dni pięć koszul, czasem nawet wykańcza trzy dziennie; inne szyją po dwie i mniej jeszcze.
Bielizna i garderoba uszyta pod numerami, idzie do magazynu, który zaopatruje wszystkie więzienia w kraju. Magazyn ten, jest to spora o dwóch oknach sala, obstawiona szafiastemi półkami, które zamiast drzwi, mają firanki płócienne,