Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


służąca za mamkę kobieta, której dziecko przy objęciu obowiązku umieszczonem zostało u Dzieciątka Jezus, dostaje się do więzienia na dłuższy wyrok, to jest na rok, na dwa lata. Wolno jej wówczas zażądać oddania swego dziecka, które jej do więzienia przynoszą, a ona karmi je i odchowuje sama. Na dziecko, choćby to niczego więcej nad pierś matki nie potrzebowało, dają kobiecie karmiącej kwaterkę mleka i pół funta białego chleba dziennie, a oprócz tego drugą porcyę zwykłej dziennej strawy, za którą, jeśli jej nie zużywa, dostaje dwa grosze. Do dwóch lat wieku tylko dzieci oddawane są uwięzionej matce, starszych zabierać z sobą, ani trzymać przy sobie „pod numerem“ nie wolno. Wyradza to czasem dziwne sytuacye. W ratuszu znajdowała się raz dziewczynka siedmioletnia może, z którą nie wiedziano poprostu co zrobić. Ojciec gdzieś wywędrował, czy zgoła znany nie był, matkę wzięto do więzienia, a dziecko do ratusza.
Kiedym poszła dowiedzieć się o jej losie, przechadzała się w najlepszym humorze pomiędzy zbieraniną uliczną najgorszego gatunku, służąc im za cel dowcipów i konceptów różnych. Pierwszą myślą moją, pierwszem poruszeniem było wziąć za rękę to dziecko i wyprowadzić je. Ale tego zrobić nie można. Niema na to przepisu.
— Gdzieżeś ty spała? — pytam małej.
— A ot tu na ziemi, — odpowiada otwierając szeroko oczy, zadziwiona tem, iż ktoś w tak