Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z miski kartofel, opłukuje go czysto i rozpostarłszy pięknie gors koszuli, naciera go raz koło razu, strzepuje potem, suszy i magluje. Po wymaglowaniu rozkłada koszulę raz jeszcze, a wziąwszy czysto wymytą drewnianą łyżkę do ręki, prasuje nią gors, naciskając palcem wgłębienie tak, iż po niejakim czasie łyżka staje się gorącą, jak rozpalone żelazo, a koszula wyprasowana w ten sposób, jeśli tylko czysto dopraną była, wygląda jakby wyszła z pod ręki specyalistki, z jakiejś chemicznej pralni.
W sobotę łaźnia. Do łaźni aresztantki nie uczęszczają zbyt chętnie. Z niechęci tej zrodził się nawet przepis, że kto nie był w łaźni, ten jeść nie dostaje. Pomimo to wszystko, ochędóstwo w „Serbii“ pozostawiało wówczas dużo do życzenia.
Chore aresztantki mieszczą się „na górze,“ w szpitalu kobiecego oddziału, złożonym z trzech izb, z których każda zaopatrzona jest w sześć łóżek, i dwie, trzy kołyski. Aresztantkę, która „pod numerem“ zasłabnie, prowadzą lub przenoszą natychmiast, choćby w nocy, na górę, gdzie zaraz ma sobie udzieloną odpowiednią pomoc, jeśli jej położenie tego wymaga, a z rana przychodzi lekarz więzienny. Chore dostają z rana kwaterkę mleka i bułkę; na obiad rosół z ryżem, lub klejek z jęczmiennej kaszy i kawałek cielęciny, wieczorem herbatę. Na dzieci chore takaż sama porcya wydzielaną bywa. Zdarza się, iż