Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/320

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lub łakomstwo. Czując ciekawość, jaką budziły swoiste jego cechy, p. de Charlus znajdował przyjemność w tem aby zaspokajać tę ciekawość, aby ją podsycać, podtrzymywać. Tak jak jakiś publicysta żydowski występuje codnia jako szermierz katolicyzmu, zapewne nie poto aby go brano na serjo, ale aby nie zawieść oczekiwania przyjaznych kpiarzy, tak p. de Charlus piętnował jowialnie w „paczce“ podejrzane obyczaje, ot tak jakby przedrzeźniał angielszczyznę lub imitował Mouneta-Sully, nie czekając aż go poproszą, płacąc z miłą chęcią „cechę“ swoim talentem. Tak oto p. de Charlus groził Brichotowi zdenuncjowaniem profesora przed Sorboną że się „puszcza z młodymi“, podobnie jak obrzezany publicysta mówi przy każdej okazji o „starszej córze kościoła“ i o „przenajświętszem sercu Jezusa“ — bez cienia obłudy ale z odcieniem kabotyństwa. I byłoby ciekawe znaleźć wytłumaczenie nie tylko dla zmiany samych słów, tak odmiennych od dawniejszej konwersacji barona, ale także dla zmiany intonacji, gestów. Były one teraz szczególnie podobne do tego, co p. de Charlus najostrzej piętnował niegdyś: wydawał teraz mimo woli prawie te same piski i okrzyki (u niego mimowolne i przez to tem głębsze), jakie wydają dobrowolnie zboczeńcy, wołający się między sobą „szelmutko“; tak jakby świadome mizdrzenie się, którego p. de Charlus był tak długo przeciwieństwem, było w istocie genialnem i wier-