Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/321

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nem naśladownictwem wzięcia, jakie mimo wszystko przybierają w końcu Charlusowie, kiedy weszli w pewną fazę choroby, tak jak paralityk lub tabetyk zdradzają w końcu nieuchronnie pewne objawy. Owo czysto wewnętrzne mizdrzenie się dowodziło w istocie, że między surowym, ubranym czarno Charlusem, z włosami na jeża, którego znałem niegdyś, a uszminkowanymi młodymi ludźmi noszącymi mnóstwo klejnotów zachodziła jedynie ta pozorna różnica, jaka istnieje między osobą podnieconą, mówiącą szybko i rzucającą się ciągle, a neuropatą, który mówi wolno, zachowuje stałą flegmę, ale jest takim samym neurastenikiem w oczach psychiatry, świadomego że i jeden i drugi typ podlega podobnym lękom i dotknięty jest podobnemi skazami.
To, że p. de Charlus się zestarzał, widać było zresztą po całkiem odmiennych oznakach, jak np. nadzwyczaj bujne plenienie się w jego rozmowie pewnych zwrotów powracających teraz co chwilę (naprzykład: „splot okoliczności“) o które-to zwroty słowa barona wspierały się raz po raz jak o nieodzownego opiekuna.
— Czy Charlie już jest? — spytał Brichot pana de Charlus, kiedyśmy dochodzili do bramy.
— Och, nie wiem — rzekł baron podnosząc ręce i przymykając oczy z miną człowieka który nie chce aby go pomawiano o niedyskrecję, tem bardziej że cierpiał zapewne wyrzuty Morela za jakieś odez-