Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/317

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wi te miejsca kolorem ochry, a choroby skóry odrażającą czerwienią. Zresztą nietylko w policzkach, a raczej fałdach uszminkowanej twarzy, w tłustej piersi, w obfitem siedzeniu zwiotczałego i zalanego tłuszczem ciała, widniała teraz, rozlana jak oliwa, przywara wtłaczana niegdyś przez p. de Charlus tak dyskretnie w głąb jego istoty. Teraz przelewała się w słowach.
— A, to tak, Brichot, spaceruje pan po nocy z pięknym młodzieńcem — rzekł baron podchodząc do nas, gdy zawiedziony drab pierzchał. — Ładne rzeczy. Powie się pańskim uczniom w Sorbonie, że z pana taki numer. Zresztą towarzystwo młodych służy panu, profesorze, wygląda pan świeżo jak róża. Przeszkodziłem panom; robiliście wrażenie dwóch rozbawionych pensjonarek, nic wam po takiej jak ja babuni przyzwoitce. Ale nie mam co sobie wyrzucać, skoro już byliście prawie na miejscu.
Baron był w wybornym humorze; nie wiedział nic o popołudniowej scenie, gdyż Jupien uznał za celowsze zabezpieczyć siostrzenicę przed nową napaścią, niż uprzedzić pana de Charlus. Toteż baron wciąż wierzył w małżeństwo Morela i cieszył się niem. Zdaje się że pociechą dla tych wielkich samotników jest dawać swemu tragicznemu celibatowi balsam urojonego ojcostwa.
— Ale słowo honoru, profesorze, dodał baron, zwracając się ku nam; mam skrupuły, widząc pa-