Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/316

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


etą — którego nie prowadzi żaden Wirgiliusz — że musi przebywać piekło siarki i smoły, rzucać się w ogień spadający z nieba, aby wyłowić zeń paru mieszkańców Sodomy! Niema żadnego uroku w jego dziele; w życiu zaś jego włada ta sama surowość co w życiu zbiegłych mnichów, przestrzegających najściślejszego celibatu, aby nie można było zrzucenia sutanny przypisać czemu innemu niż utracie wiary.
P. de Charlus udawał, że nie widzi plugawego osobnika, który mu deptał po piętach. (Kiedy się puszczał na bulwary lub wchodził do poczekalni dworca Saint-Lazare, na tuziny liczyli się natręci, którzy, w nadziei załapania paru franków, nie odstępowali go na krok). Bojąc się aby drab nie odważył się doń przemówić, baron nabożnie spuszczał poczernione rzęsy, które, przez kontrast z upudrowanemi policzkami, czyniły go podobnym do Inkwizytora z obrazu El Greco. Ale ten rzekomy ksiądz robił straszliwe wrażenie i wyglądał na wyklętego księdza, kompromisy bowiem, do których zmuszała go konieczność usprawiedliwiania swoich gustów i chronienia ich tajemnicy, wydobyły na jego twarz właśnie to, co starał się ukryć; plugawe życie streszczone w upadku moralnym. Upadek ten, bez względu na przyczynę, łatwy jest do odczytania, bo niebawem materjalizuje się i rozlewa na twarzy, zwłaszcza na policzkach i koło oczu, tak samo konkretnie, jak chora wątroba bar-