Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/318

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na w tak miłem towarzystwie. Wyglądaliście jak para gołąbków. Tak sobie pod ramię, słuchaj-no profesorciu, puszczasz się pan na całego.
Czy mamy szukać przyczyn takich słów w starzeniu się tej myśli, mniej już panującej nad odruchami? Czy, w chwilach automatyzmu, myśl pozwala się wymknąć sekretowi, troskliwie pochowanemu przez czterdzieści lat? Może przyczyną była wzgarda dla opinji plebsu wspólna w gruncie wszystkim Guermantom. (Inną formę tej wzgardy przedstawiał brat pana de Charlus, książę Błażej, kiedy, nie troszcząc się o to że moja matka może go widzieć, golił się w rozpiętej nocnej koszuli przy oknie). Może p. de Charlus, w czasie swoich płomiennych wędrówek między Doncières a Doville, nabył niebezpiecznego zwyczaju folgowania sobie, i jak odsuwał w tył słomkowy kapelusz aby ochłodzić ogromne czoło, tak samo przywykł rozluźniać, z początku tylko na chwilę, maskę od nazbyt dawna ściśle przymocowaną do jego prawdziwej twarzy? Małżeńskie maniery pana de Charlus z Morelem słusznie zdziwiłyby kogoś, ktoby je znał całkowicie. Ale wynikło to stąd, że jednostajność rozkoszy, jakie nastręcza jego przywara, znużyła pana de Charlus. Szukał instynktownie nowych wyczynów, a zmęczywszy się przygodnymi nieznajomymi, przerzucił się na przeciwny biegun, w to czem się spodziewał brzydzić zawsze, w imitację „stadła“ lub „ojcostwa“. Czasem nawet i to mu nie